Jego czarne oczy obserwują mnie już od momentu, gdy
pojawiłem się w tej szkolę. Gary, mój przyjaciel, powiedział, że w jego czach
widać tylko nienawiść i obrzydzenie. Zastanawiałem się czy tylko mnie
obdarowywał takim spojrzeniem. Nie znalazłem jednak odpowiedzi. Jest on raczej
typem samotnika. Od razu po lekcjach wraca do domu. Z nikim nie rozmawia. Na
przerwach siedzi sam, obok wielkiego drzewa. Jest także bardzo przystojny i
podoba się wielu dziewczynom. Z tego co wiem, odtrąca każdą. Jego szkliste, czarne
oczy, których tak nienawidzę, jego czarne zadbane włosy i wspaniale wyrzeźbione
ciało. Nie dziwię się, że podoba się większości dziewczyn w naszej szkolę. A
ja? Scot Nelson, 168cm wzrostu, chudy jak szczapa. Brązowe, czarne, blond włosy?
Sam nie wiem jaki to kolor, ale wydaję mi się, że takie mieszane. Więc wychodzi
na to, że jestem szatynem. Mięśnie mogę sobie tylko wyobrazić. Chodziłem kiedyś
przez 4 miesiące na siłownie, nie było widać efektów to dałem sobie z tym
spokój. Nie jestem wytrwałą osobą. Nie mam do niczego cierpliwości i często się
denerwuję. Za to nie narzekam na moje oczy. Nie są czarne, ale są błękitne i
turkusowe. Na krawędziach można dostrzec brąz. Nie zwracałem na to uwagi, aż
Gary mi o tym powiedział.
- Heej!! Słuchasz mnie?
- Sorry, zamyśliłem się. Mówiłeś coś?
- Eh… Nieważne. O czym myślałeś? Jak bardzo Jessy cię nienawidzi? Patrzyłeś na niego takim
dziwnym wzrokiem.
- Nie, zastanawiałem się, czy ja jestem, aż tak brzydki?
- Czemu tak uważasz?
- Bo Jessiego lubi większość dziewczyn.
- Haha… Jakie ty masz problemy, daj spokój. Dobra kończ już jeść, bo
zaraz zaczynają się lekcję.
- Ok., ja już pójdę. Muszę jeszcze iść do pokoju nauczycielskiego.
Powiedzieli, że mam przyjść w porze lunchu.
Zapukałem do drzwi, ale nikt nie odpowiadał,
zapukałem jeszcze raz, ale tym razem mocniej.
- Potrzebujesz czegoś – odezwał się głos za moimi plecami.
- Yyy… Tak, pan Wilson powiedział, że mam tu przyjść jak zjem lunch.
- Dobrze, wejdź i poczekaj na niego. Powinien zaraz przyjść, bo kończył
sprawdzać sprawdziany – powiedział pan Moore lekko się uśmiechając. Nauczyciel
literatury poszedł dalej. Wszedłem do pokoju i usiadłem na najbliżej stojącym
krześle. Po 5 min drzwi otworzyły się i stanął w nich pan Wilson.
- Ooo… Scot już jesteś? Przepraszam, że musiałeś czekać.
- Nie, nic się nie stało – powiedziałem wstając i podchodząc do
nauczyciela.
- Chciałem z tobą porozmawiać. Chyba dobrze wiesz o czym.
- Domyślam się. – Wiedziałem, znowu źle mi poszedł ten sprawdzian.
Głupia matma. Tego przedmiotu nie da się zrozumieć.
- Nie dostałeś pozytywnej oceny z tego testu. Wiem, że nie idzie ci na
moich lekcjach, dlatego wmyśliłem, że będziesz miał korepetycję. Znalazłem
ucznia, który będzie ci tych korepetycji udzielał.
- Co ma mnie uczyć jakiś uczeń? Przecież ja mogę poszukać jakiegoś
dobrego korepetytora.
- Nie ma takiej potrzeby. Ten uczeń ma bardzo dobre wyniki w nauce i
chętnie ci pomoże.
- Mogę wiedzieć kto to taki?
- Jessy Colin. – Co kurwa?! Ma mnie uczyć ten gościu, który chcę mnie
zabić? No to, kurwa zajebiście, lepiej być nie może. - Będzie w sali 27. Macie się
tam spotkać po lekcjach i omówić godzinę i dni spotkań. Nauka ma się odbywać
dwa dni w tygodniu przez, co najmniej, dwie godziny. Kiedy i gdzie to już sami
ustalicie.
- Nie może to być ktoś inny – zapytałem z nadzieją, że może zmieni
zdanie.
- Nie, nie może. A teraz możesz już wyjść – powiedział podchodząc do
stołu ze stosem papierów i zaczął coś w nich sprawdzać. Zdenerwowany wyszedłem
z pokoju nauczycielskiego i poszedłem na dach, aby trochę ochłonąć.
Po lekcjach czekałem na Jessiego. Spóźniał się już
20 min. Miałem dość. Kiedy na korytarzu usłyszałem kroki, do klasy wszedł mój
korepetytor. Miał granatową koszulkę,
czarne jeansy i okulary? Czy on kiedykolwiek nosił okulary?
- Cześć – przywitałem się.
- Cześć – odpowiedział chłodno, nie patrząc w moją stronę. Trochę
niezręcznie się zrobiło. Jak mam zacząć rozmawiać? Może on by zaczął. – Jak
wiesz, mam cię uczyć z matematyki i wcale nie jestem z tego zadowolony, ale jak
mam najlepsze wyniki w całej szkole, to nie wypada odmówić. Mnie najbardziej
odpowiadały dni środa i czwartek. – Słuchałem go uważnie i przytakiwałem. „ Nie
jest z tego zadowolony.” A weź się kurde wypchaj.
- Przepraszam, ale w środy nie mogę. Moglibyśmy przełożyć to na piątek?
– zapytałem zmuszając się do uśmiechu.
- W piątki mogę tylko wieczorem. I trochę nie chcę mi się do ciebie
przychodzić o późnej porze – powiedział siadając na jednym z krzeseł i patrząc
na mnie z pogardą.
- Dobrze, wtedy ja przyjdę do ciebie. Może być? – Już się trochę
zacząłem denerwować, ale nie dałem po sobie tego poznać.
- Ok, a w czwartki ja będę przychodził do ciebie. – uważnie na mnie
patrzył tymi swoimi nienawistnymi oczami.
- Dobra, tylko o której godzinie? W czwartek do 15 nie mogę.
- Ja w czwartek mogę przez cały dzień. Więc może 16?
- Pasuję, a w piątek?
- To trochę późno, ale mogę tylko od 19. – Rzeczywiście późno, ale co
tam, im szybciej się nauczę to prędzej się go pozbędę.
- To jesteśmy umówieni?
- Taa… - dodał ociężale, przewracając oczami. Wstał z krzesła i wyszedł
z klasy. Zabrałem swoją torbe i poszedłem do domu.
Po drodze do domu wstąpiłem do sklepu. Kupiłem
owoce, uwielbiam zjeść kilka owocków wieczorem, oglądając jakiś film. Teraz
wziąłem 2 jabłka, kiwi i pudełko malin. Kocham maliny, mógłbym je jeść
codziennie, ale niestety nie mam tylu funduszy. Wróciłem do domu i skierowałem
się w stronę mojego pokoju, ale zatrzymała mnie mama. Stała na dolę schodów z
niezadowoloną miną.
- Coś się stało, mamo – zapytałem schodząc na dół i stając obok niej.
- Tak, stało się. Dlaczego masz takie słabe oceny? – Zrobiła się
czerwona, tak się działo gdy się denerwowała.
- Tak, wiem że nie są takie jakie być powinny, ale się poprawię. –
Próbowałem ją uspokoić.
- Zawsze mówisz, że cos poprawisz. Niestety nie widzę efektów.
- Nauczyciel załatwił mi korepetycję. Kolega z klasy będzie mi pomagał.
Będzie tu przychodził w czwartki, a ja do niego mam chodzić w piątki. Nic się
mamo nie martw.
- skąd mogę wiedzieć, że to coś da?
- To najlepszy uczeń w szkolę. To musi coś dać – powiedziałem, gładząc
uspokajająco jej ramię.
- Mam nadzieję, że sobie
poradzisz.
- Na pewno – uśmiechnąłem się do niej i pobiegłem do swojego pokoju.
Byłem tak zmęczony, że najchętniej położyłbym się
już spać. Poszedłem do łazienki i wziąłem szybki prysznic. Wracając usłyszałem
śmiechy. Zszedłem po cichu na dół i zobaczyłem jak mama z tatą przytulają się,
oglądając jakąś komedię. Uśmiechnąłem się sam do siebie i poszedłem spać.
Następnego dnia wstałem wcześnie. Szybko się
ubrałem, zjadłem śniadanie i umyłem twarz i zęby. Już miałem wychodzić do
szkoły, kiedy przypomniałem sobie, że dziś jest czwartek. Jessy pewnie
przyjdzie do mnie po lekcjach, a ja mam w pokoju straszny bajzel. Zacząłem sprzątać
upychając wszystko do szafek. Kiedy skończyłem, wszystko wyglądało w miarę w
porządku. Idąc do szkoły spotkałem Garego, jak zwykle wesołego.
- Cześć – krzyknął, podbiegając do mnie.
- Cześć.
- Co tam? – zapytał, bo zauważył moją przygnębioną minę.
- Do dupy. Mam mieć dziś korki z matmy. Zgadnij z kim.
- Z panem Wilsonem – zapytał będąc tego pewien , bo jemu on udzielał
dodatkowych lekcji.
- Zgaduj dalej - odparłem trochę
zirytowany tym, że mnie musi uczyć ktoś inny.
- Yyy… Nie wiem, nie znam nikogo innego kto by się do tego nadawał.
- Jessy Colin – poinformowałem i przyśpieszyłem kroku. Gary zaśmiał
się.
- Nie żartuj. Chcę wiedzieć kto cię będzie uczył, więc?
- Czy wyglądam jakbym z tego żartował – odwróciłem się do niego
zdenerwowany.
- Uspokój się. Jakoś sobie poradzisz. Przecież cię nie zje. – Podszedł
do mnie i poklepał po plecach. – Chyba – mruknął.
- Pośpieszmy się, bo się spóźnimy.
Przez resztę drogi szliśmy w milczeniu. Na pierwszej
lekcji miałem angielski. Nawet lubię ten przedmiot, więc na nim najczęściej
uważam. Następnie miałem literaturę i kolejne nudne lekcję. W czasie lunchu
poszedłem na dach. Chciałem zjeść swój posiłek na świeżym powietrzu. Usiadłem i
parłem się o ścianę. Chwilę potem ktoś stanął przede mną. Miał na sobie czarne
buty i czarne spodnie. Podniosłem wzrok do góry i zobaczyłem twarz Jessiego.
- Siema – powiedział chłodno.
- Cześć. Potrzebujesz czegoś? – zapytałem biorąc się za jedzenie.
- Taa… Chciałem zapytać, czy pójdziemy do twojego domu razem po
lekcjach, bo nie wiem gdzie mieszkasz.
- Ok., nie ma problemu – odparłem przeżuwając mój lunch.
- Spotkajmy się obok bramy.
- Będziesz musiał poczekać parę minut.
- Co? Gdzie się będziesz włóczył?! Myślisz, że mi się na ciebie
czekać?! To są twoje korepetycję. Nie muszę cie uczyć! – krzyknął zdenerwowany
i i zaczął patrzeć na mnie z jeszcze większym mordem w oczach niż zwykle.
- Nie musisz tak krzyczeć. Postaram się być jak najszybciej. Jestem ci
wdzięczny, że będziesz mnie mi pomagał w nauce. Mam jeszcze coś do załatwienia
po lekcjach.
- Jeny, jak ty mnie zawsze denerwujesz. – Odsapnął odwracając się do
mnie plecami.
- No przepraszam, że jestem takim irytującym bez mózgiem! – krzyknąłem
wstając i zbierając puste pudełko po jedzeniu.
- Nie przeginaj! Będę czekał na ciebie
minut i ani minuty dłużej.
- Dlaczego muszę się z tobą użerać? – burknąłem sam do siebie, ale on
to usłyszał.
- Jak ci to kurwa nie pasuję, to możesz iść i się poskarżyć
nauczycielowi, pacanie! – krzyknął, oddalając się w stronę drzwi.
- Proszę poczekaj na mnie po lekcjach przed bramą – powiedziałem
głośniej, aby zagłuszyć skrzypiące drzwi.


