sobota, 17 stycznia 2015

Czas na naukę 2

- Co ty robisz? – zapytał Jessy, który już od godziny siedzi u mnie w pokoju.
- No rozwiązuje. – Miałem już dość, chodź była to tylko godzina.
- Dalej nie rozumiesz? – Był jakiś spokojny. Może tylko w szkole był taki zimny. – Posłuchaj, to jest łatwe tylko musisz się skupić – powiedział ze spokojem, uśmiechając się do mnie. CO? ON się do mnie uśmiecha? To niemożliwe, przecież jeszcze dziś na dachu był taki wkurzony. Dobra skup się na matmie, bo nigdy nie zrozumiesz. – Liczba pierwiastków dodatnich jest taka sama jak liczba zmian…
            Tłumaczył dalszą regułkę. W między czasie zadawał proste pytania. Teraz wydawały się proste, kiedy on je tłumaczył. Na lekcji jak nauczyciel o to pytał to słowa nawet nie wiedziałem.
- Taak, dobrze! – Krzyczał za każdym razem i uśmiechał się, pokazując równe i białe zęby. – A teraz rozwiąż to zadanie. Gdzie jest łazienka? – zapytał, przeczesując włosy palcami.
- Na prawo, ostatnie drzwi – poinformowałem, gapiąc się na niego jak idiota.
- Ok, dzięki, Zaraz wracam.
Zacząłem rozwiązywać zadanie. Albo specjalnie dał mi proste zadanie, albo już to zrozumiałem. Rozwiązałem je i czekałem, aż wróci. Nie było go już 10 min. W końcu się zjawił. Miał zarumienione policzki. Ciekawe co robił.
- Możesz sprawdzić? – zapytałem, podając mu kartkę z zadaniem.
- Tak, jasne. - Zaczął sprawdzać przybierając skupioną minę. Dla niego to nawet proste nie było; banalne można powiedzieć. Myślał, że się nabiorę, ale nie ze mną takie numery. Chodź muszę przyznać, że był przystojny będąc tak skupiony. Nie, on przecież zawsze był przystojny. – Jest dobrze, ten temat już zrozumiałeś. Dzisiaj już nie zdążymy zrealizować nowego. Przerobimy go jutro.
- Ok, dzięki. Chcesz może jeszcze coś do picia?
- Herbatę – powiedział i znowu pokazał swoją pokerową twarz, której używał w szkole.
- Chodźmy na dół, posiedzimy w salonie.
Zeszliśmy  na dół. Zaprowadziłem Jessiego do salonu, a sam poszedłem do kuchni nastawić wodę na herbatę. Wróciłem, by sprawdzić co robi mój korepetytor. Oglądał album. Zaraz, album? Skąd on go wziął?!
- Oddawaj! – krzyknąłem zabierając mu zdjęcia.
- Wyluzuj – odpowiedział śmiejąc się. – Leżało na fotelu to zerknąłem. Nie wiedziałem, że miałeś długie blond włosy i nosiłeś spódniczki – Powiedział, wybuchając, niepohamowanym, śmiechem.
- Zamknij się. Ubrałem się tak tylko raz A tak poza tym, to nie twoja sprawa! – Krzyknąłem na niego i odłożyłem album na półkę. Czarnowłosy w tym czasie podszedł do mnie i powiedział:
- Nie martw się, teraz wyglądasz lepiej. Ta peruka ci nie pasowała – uśmiechnął się kpiąco i zmierzwił mi włosy. Zjeżdżając dłonią na policzek.
- Odwal się – warknąłem, rumieniąc się i odpychając jego dłoń.
Skierowałem się w stronę kuchni, a Colin poszedł za mną. Usiadł na krześle i przyglądał mi się dziwnym wzrokiem. Nie takim chłodnym jak na co dzień, ale on mnie nim pożerał. Nie, nie, na pewno coś mi się przywidziało. Przecież on mnie nienawidzi. A może obmyśla plan jak mnie zabić. Boże! Ja mam już jakąś paranoje.  Za dużo kryminałów się naoglądałem i coś mi odwala. Wyciągnąłem z szafki dwa kubki i wrzuciłem do niech po jednej torebce herbaty. Nalałem wody i odwracając się szturchnąłem kubek, który spadł z blatu prosto na moją stopę. Gorąca woda oblała moją nogę, parząc ją przez spodnie. Krzyknąłem z bólu. Chciałem przyłożyć do stopy coś zimnego, kiedy poczułem, że ktoś bierze mnie na ręce i unosi do góry.
- Co ty robisz?! – krzyknąłem, próbując się wyrwać.
- Zamknij się, trzeba to ochłodzić. Masz na dolę łazienkę? – spytał, nie patrząc na mnie.
- Poradzę sobie, postaw mnie.
- Nie denerwuj mnie – warknął ściskając mocniej moje ramię.
- Tu jest łazienka – wskazałem drzwi, naprzeciwko kuchni. Wszedł do łazienki i usadowił mnie na brzegu wanny.
- Ściągaj spodnie – oznajmił odkręcając kran.
- Co?! Nie będę się przy tobie rozbierał – krzyknąłem i syknąłem z bólu, bo noga zaczęła piec.
- Owszem będziesz, albo ja to zrobię – powiedział i zaczął napuszczać uregulowaną wodę do wanny. – Rozbieraj się!
- Nie. Chyba wyraziłem się jasno. Nie będę się przy tobie roz... Co Ty robisz?! – wrzasnąłem, próbując odepchnąć od siebie Jessiego, który właśnie ściągał mi spodnie wraz z bokserkami.
- Dobra, poczekaj, już się rozbieram – odpuściłem. – Ale wyjdź!
- Chcę ci pomóc, więc nigdzie nie idę. – Złożył ręce na klatce piersiowej i oparł się o ścianę.
Odwróciłem się o niego plecami, prawie płacząc, bo noga bolała niemiłosiernie. Czułem, że policzki pokrył intensywny rumieniec.  Kolana zaczęły mi drżeć i nagle zachciało mi się pić. Powoli zsuwałem spodnie, uważając na poparzone miejsca. Stanąłem przed nim w samych bokserkach. Myślałem, że z zażenowania zapadnę się pod ziemię.
- A to? – zapytał, wskazując palcem na moją bieliznę.
- Nie trzeba – odpowiedziałem, wchodząc do wanny z zimną wodą.
- Pomogę ci – powiedział Jessy, siadając na brzegu wanny. Automatycznie odsunąłem się od niego.
- Nie bój się przecież ci nic nie zrobię – zaczął delikatnie obmywać moje poparzenie. Bolało jak diabli. Jessy robił to delikatnie, ale to i tak nic nie dało. Po niedługim czasie pomógł mi wyjść z wanny. Siedziałem na jej brzegu i obserwowałem jak Colin wyciera, ledwo dotykając, moją nogę.
- Mogę to zrobić sam.
- Wiem, ale będzie ci niewygodnie. Przyjmij proszę moją pomoc.
- Niech ci będzie – odparłem, unosząc ręce w geście kapitulacji.
- Masz jakąś maść? – zapytał, rozglądając się po łazience.
- W tej szafce na górze – powiedziałem, wskazując palcem. Wyciągnął z niej maść i naniósł odrobinę na swój palec, następnie wtarł ją, najdelikatniej jak potrafił, w moją ranę. Dmuchną lekko parę razy i uśmiechną się.
- No gotowe – powiedział, wstając i obmywając rękę z maści. – Przez parę dni będzie cię bolało i ciężko będzie spać, ale jak będziesz to regularnie smarował, to powinno się szybko zagoić.
- Haha… - zaśmiałem się i popatrzyłem na zdziwioną minę Jessiego.
- Co się tak śmieszy? – zapytał.
-Mówisz jak lekarz – odparłem, nadal się śmiejąc.
- I to jest takie zabawne – popatrzył na mnie poważnie.
- Tak, bo do ciebie to bardzo pasuję – odpowiedziałem, próbując wstać. Niestety, nie wyszło. Stopę miałem tak poparzoną, że ledwo stałem. Jessy zauważył to i powiedział:
- Chodź, pomogę ci. – Wziął mnie na ręce i zaniósł do salonu na kanapę.
- Yyy… Dzięki – odparłem speszony.
- Wiesz jutro chyba nie będzie tych zajęć. Odrobimy to innego dnia. Dobrze by było jakbyś odpuścił sobie juto szkołę.
- Taa, dzięki, za pomoc i przepraszam. Wiem, że nie chcesz się ze mną męczyć, ale jestem ci bardzo wdzięczny – powiedziałem i zarumieniłem się. Czego ja się, kurde, rumienię? Co ja jakaś baba? Weź się ogarnij!
- Nie, nie ma sprawy. Lubię cię i nie przeszkadza mi to – uśmiechnął się. – To, ja już pójdę – powiedział ubierając się. Pożegnał się i wyszedł.
            Zostałem sam, włączyłem telewizor i zacząłem oglądać, czekając na rodziców. W telewizji leciała telenowela, w której dwoje kochanków uciekło helikopterem na bezludną wyspę. Nudne to było, ale w porównaniu z tym co leciało na innych programach, to była klasyk. Kiedy wrócił tata, pomógł mi wejść do mojego pokoju. Śmiał się, że jestem niezdarny i żebym nauczył się parzyć herbatę. Mama zadzwoniła do szkoły i poinformowała, że juto się nie pojawię.
            Chcieli zabrać mnie do szpitala, ale powiedziałem im, że pomógł mi przyjaciel, dla którego robiłem ten nieszczęsny napój. Cały weekend przesiedziałem w domu. W poniedziałek już nie odczuwałem takiego bólu. W szkole dzień mijał w miarę spokojnie. Jedynie Gary męczył mnie swoimi przemyśleniami.
- Myślałem, że Jessy tak cię pobił, na tych korepetycjach, że aż nie mogłeś chodzić.
- Bardzo śmieszne – prychnąłem, wychodząc z klasy na przerwę.
- Ja nie żartuję. To tak wyglądało. W czwartek po lekcjach miałeś z nim zajęcia, a w piątek nie było cię w szkolę. Martwiłem się – powiedział i poklepał mnie po ramieniu. Uśmiechnąłem się.
             Gary jest dobrym przyjacielem, stara się mi pomóc w trudnych sytuacjach. Akceptuje wszystkie moje wady. Śmieję się ze mnie dwa razy częściej od innych, ale coś za coś.
            Wyszliśmy na zewnątrz. Lato się kończyło, a słońce grzało jak na pustyni. Usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy rozmawiać. Gadaliśmy i gadaliśmy, więc nie zauważyliśmy, że ktoś za nami stoi.
-Ekhem. – Odwróciliśmy się w tym samym czasie. – Jak twoja noga? – zapytał Colin.
- Już dobrze, dzięki – odpowiedziałem, uśmiechając się do niego.
- To dobrze, byłeś u lekarza? – zapytał przysiadając się do nas.
- Nie, używam maści. Jeszcze trochę boli, ale już mogę chodzić. Obrzęk, pewnie, jeszcze nie zniknie, ale jest ok – powiedziałem, przypominając sobie o Garym. Przedstawiłem ich sobie i ponownie się uśmiechnąłem.
- No to spoko. Martwiłem się o ciebie – westchnął, przeczesując włosy palcami i pokazując ząbki w prześlicznym uśmiechu. Miał takie ładne usta. Pełne i różowiutkie, lecz bez przesady, miał odpowiedni kolor jak na faceta. No właśnie faceta. Dlaczego ja się zastanawiam nad jego ustami? Chciałbym takie mieć, ale niestety mam wąskie i blade. A jego, no po prostu cudo. STOP! Przestań o tym myśleć!
- Heej! Słyszysz mnie? – krzyknął mi w twarz Gary.
- No, tak słucham – odpowiedziałem.
- Jeny, jak ty często łapiesz taka zawieche – westchnął, śmiejąc się. – Dla niego to normalne – zwrócił się do Jessiego.
- Wiem – powiedział i odwrócił wzrok.
- Co? Skąd? – zapytał Gary.
- Ej! Ja też tu jestem i nie lubię być obgadywany – wtrąciłem się. Colin westchnął, jakby z ulgą. Zadzwonił dzwonek i poszliśmy na lekcje.
            Dni mijały, rutyna i codzienność już mnie dopijały. Chodziłem na korepetycje i coraz więcej rozumiałem. Miał talent do nauczania, tłumaczył lepiej niż nauczyciel. Rozmawialiśmy swobodnie. Sam nie wiem jak to się stało, ale zaprzyjaźniliśmy się. Wychodziliśmy razem na miasto i spędzaliśmy razem czas. Spotykaliśmy się po lekcjach prawie codziennie. Przy każdym spotkaniu, tak ślicznie się uśmiechał, a w oczach było widać wesołe iskierki. Cieszył się z każdej drobnej rzeczy, którą razem robiliśmy.
            Był piątek, szedłem właśnie do Jessiego, kiedy zaczęło grzmieć. Na szczęście dotarłem pod jego dom przed deszczem. Zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi i czekałem. Po chwili otworzył Colin. Miał zawinięty, wokół bioder, ręcznik. Powędrowałem wzrokiem wyżej i ujrzałem świetnie wyrzeźbiony brzuch. Widziałem wszystkie jego piękne mięśnie. Aż zabrakło mi tchu, stałem tak i gapiłem się na niego. Widziałem, że porusza ustami i coś do mnie mówi, ale ja nic nie rozumiałem. Szumiało mi w głowie, zrobiło mi się słabo. Kręciło mi się w głowie, ostatnie co pamiętam to, łapiące mnie, silnie ramiona, mojego pięknego przyjaciela.

 _____________________________________________________________________________

Te opowiadanie miało być dłuższe. Stwierdziłam jednak, że będzie ono strasznie nudne. Ten rozdział miał być rozwinięty na jeszcze 3, ale tasiemców pisać nie lubię. Więc skróciłam to do jednego. Napiszę jeszcze, dwa rozdziały i koniec. ;)

2 komentarze:

  1. A cwaniak z tego Jessiego. Chciał go zobaczyć, calutkiego nagiego. To by bylo, jednak, dziwne, że do obmycia, trzeba zwrzucać, nawet majtki. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Co za wspaniały pomysł na opis wydarzeń. Nie mogłem się oderwać, a to jest duży plus :)
    W międzyczasie zapraszam do mnie, też yaoi: http://poziomm2.blogspot.com
    P.S. Jestem otwarty na ewentualną wymianę linków^^

    OdpowiedzUsuń