sobota, 17 stycznia 2015

Czas na naukę 2

- Co ty robisz? – zapytał Jessy, który już od godziny siedzi u mnie w pokoju.
- No rozwiązuje. – Miałem już dość, chodź była to tylko godzina.
- Dalej nie rozumiesz? – Był jakiś spokojny. Może tylko w szkole był taki zimny. – Posłuchaj, to jest łatwe tylko musisz się skupić – powiedział ze spokojem, uśmiechając się do mnie. CO? ON się do mnie uśmiecha? To niemożliwe, przecież jeszcze dziś na dachu był taki wkurzony. Dobra skup się na matmie, bo nigdy nie zrozumiesz. – Liczba pierwiastków dodatnich jest taka sama jak liczba zmian…
            Tłumaczył dalszą regułkę. W między czasie zadawał proste pytania. Teraz wydawały się proste, kiedy on je tłumaczył. Na lekcji jak nauczyciel o to pytał to słowa nawet nie wiedziałem.
- Taak, dobrze! – Krzyczał za każdym razem i uśmiechał się, pokazując równe i białe zęby. – A teraz rozwiąż to zadanie. Gdzie jest łazienka? – zapytał, przeczesując włosy palcami.
- Na prawo, ostatnie drzwi – poinformowałem, gapiąc się na niego jak idiota.
- Ok, dzięki, Zaraz wracam.
Zacząłem rozwiązywać zadanie. Albo specjalnie dał mi proste zadanie, albo już to zrozumiałem. Rozwiązałem je i czekałem, aż wróci. Nie było go już 10 min. W końcu się zjawił. Miał zarumienione policzki. Ciekawe co robił.
- Możesz sprawdzić? – zapytałem, podając mu kartkę z zadaniem.
- Tak, jasne. - Zaczął sprawdzać przybierając skupioną minę. Dla niego to nawet proste nie było; banalne można powiedzieć. Myślał, że się nabiorę, ale nie ze mną takie numery. Chodź muszę przyznać, że był przystojny będąc tak skupiony. Nie, on przecież zawsze był przystojny. – Jest dobrze, ten temat już zrozumiałeś. Dzisiaj już nie zdążymy zrealizować nowego. Przerobimy go jutro.
- Ok, dzięki. Chcesz może jeszcze coś do picia?
- Herbatę – powiedział i znowu pokazał swoją pokerową twarz, której używał w szkole.
- Chodźmy na dół, posiedzimy w salonie.
Zeszliśmy  na dół. Zaprowadziłem Jessiego do salonu, a sam poszedłem do kuchni nastawić wodę na herbatę. Wróciłem, by sprawdzić co robi mój korepetytor. Oglądał album. Zaraz, album? Skąd on go wziął?!
- Oddawaj! – krzyknąłem zabierając mu zdjęcia.
- Wyluzuj – odpowiedział śmiejąc się. – Leżało na fotelu to zerknąłem. Nie wiedziałem, że miałeś długie blond włosy i nosiłeś spódniczki – Powiedział, wybuchając, niepohamowanym, śmiechem.
- Zamknij się. Ubrałem się tak tylko raz A tak poza tym, to nie twoja sprawa! – Krzyknąłem na niego i odłożyłem album na półkę. Czarnowłosy w tym czasie podszedł do mnie i powiedział:
- Nie martw się, teraz wyglądasz lepiej. Ta peruka ci nie pasowała – uśmiechnął się kpiąco i zmierzwił mi włosy. Zjeżdżając dłonią na policzek.
- Odwal się – warknąłem, rumieniąc się i odpychając jego dłoń.
Skierowałem się w stronę kuchni, a Colin poszedł za mną. Usiadł na krześle i przyglądał mi się dziwnym wzrokiem. Nie takim chłodnym jak na co dzień, ale on mnie nim pożerał. Nie, nie, na pewno coś mi się przywidziało. Przecież on mnie nienawidzi. A może obmyśla plan jak mnie zabić. Boże! Ja mam już jakąś paranoje.  Za dużo kryminałów się naoglądałem i coś mi odwala. Wyciągnąłem z szafki dwa kubki i wrzuciłem do niech po jednej torebce herbaty. Nalałem wody i odwracając się szturchnąłem kubek, który spadł z blatu prosto na moją stopę. Gorąca woda oblała moją nogę, parząc ją przez spodnie. Krzyknąłem z bólu. Chciałem przyłożyć do stopy coś zimnego, kiedy poczułem, że ktoś bierze mnie na ręce i unosi do góry.
- Co ty robisz?! – krzyknąłem, próbując się wyrwać.
- Zamknij się, trzeba to ochłodzić. Masz na dolę łazienkę? – spytał, nie patrząc na mnie.
- Poradzę sobie, postaw mnie.
- Nie denerwuj mnie – warknął ściskając mocniej moje ramię.
- Tu jest łazienka – wskazałem drzwi, naprzeciwko kuchni. Wszedł do łazienki i usadowił mnie na brzegu wanny.
- Ściągaj spodnie – oznajmił odkręcając kran.
- Co?! Nie będę się przy tobie rozbierał – krzyknąłem i syknąłem z bólu, bo noga zaczęła piec.
- Owszem będziesz, albo ja to zrobię – powiedział i zaczął napuszczać uregulowaną wodę do wanny. – Rozbieraj się!
- Nie. Chyba wyraziłem się jasno. Nie będę się przy tobie roz... Co Ty robisz?! – wrzasnąłem, próbując odepchnąć od siebie Jessiego, który właśnie ściągał mi spodnie wraz z bokserkami.
- Dobra, poczekaj, już się rozbieram – odpuściłem. – Ale wyjdź!
- Chcę ci pomóc, więc nigdzie nie idę. – Złożył ręce na klatce piersiowej i oparł się o ścianę.
Odwróciłem się o niego plecami, prawie płacząc, bo noga bolała niemiłosiernie. Czułem, że policzki pokrył intensywny rumieniec.  Kolana zaczęły mi drżeć i nagle zachciało mi się pić. Powoli zsuwałem spodnie, uważając na poparzone miejsca. Stanąłem przed nim w samych bokserkach. Myślałem, że z zażenowania zapadnę się pod ziemię.
- A to? – zapytał, wskazując palcem na moją bieliznę.
- Nie trzeba – odpowiedziałem, wchodząc do wanny z zimną wodą.
- Pomogę ci – powiedział Jessy, siadając na brzegu wanny. Automatycznie odsunąłem się od niego.
- Nie bój się przecież ci nic nie zrobię – zaczął delikatnie obmywać moje poparzenie. Bolało jak diabli. Jessy robił to delikatnie, ale to i tak nic nie dało. Po niedługim czasie pomógł mi wyjść z wanny. Siedziałem na jej brzegu i obserwowałem jak Colin wyciera, ledwo dotykając, moją nogę.
- Mogę to zrobić sam.
- Wiem, ale będzie ci niewygodnie. Przyjmij proszę moją pomoc.
- Niech ci będzie – odparłem, unosząc ręce w geście kapitulacji.
- Masz jakąś maść? – zapytał, rozglądając się po łazience.
- W tej szafce na górze – powiedziałem, wskazując palcem. Wyciągnął z niej maść i naniósł odrobinę na swój palec, następnie wtarł ją, najdelikatniej jak potrafił, w moją ranę. Dmuchną lekko parę razy i uśmiechną się.
- No gotowe – powiedział, wstając i obmywając rękę z maści. – Przez parę dni będzie cię bolało i ciężko będzie spać, ale jak będziesz to regularnie smarował, to powinno się szybko zagoić.
- Haha… - zaśmiałem się i popatrzyłem na zdziwioną minę Jessiego.
- Co się tak śmieszy? – zapytał.
-Mówisz jak lekarz – odparłem, nadal się śmiejąc.
- I to jest takie zabawne – popatrzył na mnie poważnie.
- Tak, bo do ciebie to bardzo pasuję – odpowiedziałem, próbując wstać. Niestety, nie wyszło. Stopę miałem tak poparzoną, że ledwo stałem. Jessy zauważył to i powiedział:
- Chodź, pomogę ci. – Wziął mnie na ręce i zaniósł do salonu na kanapę.
- Yyy… Dzięki – odparłem speszony.
- Wiesz jutro chyba nie będzie tych zajęć. Odrobimy to innego dnia. Dobrze by było jakbyś odpuścił sobie juto szkołę.
- Taa, dzięki, za pomoc i przepraszam. Wiem, że nie chcesz się ze mną męczyć, ale jestem ci bardzo wdzięczny – powiedziałem i zarumieniłem się. Czego ja się, kurde, rumienię? Co ja jakaś baba? Weź się ogarnij!
- Nie, nie ma sprawy. Lubię cię i nie przeszkadza mi to – uśmiechnął się. – To, ja już pójdę – powiedział ubierając się. Pożegnał się i wyszedł.
            Zostałem sam, włączyłem telewizor i zacząłem oglądać, czekając na rodziców. W telewizji leciała telenowela, w której dwoje kochanków uciekło helikopterem na bezludną wyspę. Nudne to było, ale w porównaniu z tym co leciało na innych programach, to była klasyk. Kiedy wrócił tata, pomógł mi wejść do mojego pokoju. Śmiał się, że jestem niezdarny i żebym nauczył się parzyć herbatę. Mama zadzwoniła do szkoły i poinformowała, że juto się nie pojawię.
            Chcieli zabrać mnie do szpitala, ale powiedziałem im, że pomógł mi przyjaciel, dla którego robiłem ten nieszczęsny napój. Cały weekend przesiedziałem w domu. W poniedziałek już nie odczuwałem takiego bólu. W szkole dzień mijał w miarę spokojnie. Jedynie Gary męczył mnie swoimi przemyśleniami.
- Myślałem, że Jessy tak cię pobił, na tych korepetycjach, że aż nie mogłeś chodzić.
- Bardzo śmieszne – prychnąłem, wychodząc z klasy na przerwę.
- Ja nie żartuję. To tak wyglądało. W czwartek po lekcjach miałeś z nim zajęcia, a w piątek nie było cię w szkolę. Martwiłem się – powiedział i poklepał mnie po ramieniu. Uśmiechnąłem się.
             Gary jest dobrym przyjacielem, stara się mi pomóc w trudnych sytuacjach. Akceptuje wszystkie moje wady. Śmieję się ze mnie dwa razy częściej od innych, ale coś za coś.
            Wyszliśmy na zewnątrz. Lato się kończyło, a słońce grzało jak na pustyni. Usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy rozmawiać. Gadaliśmy i gadaliśmy, więc nie zauważyliśmy, że ktoś za nami stoi.
-Ekhem. – Odwróciliśmy się w tym samym czasie. – Jak twoja noga? – zapytał Colin.
- Już dobrze, dzięki – odpowiedziałem, uśmiechając się do niego.
- To dobrze, byłeś u lekarza? – zapytał przysiadając się do nas.
- Nie, używam maści. Jeszcze trochę boli, ale już mogę chodzić. Obrzęk, pewnie, jeszcze nie zniknie, ale jest ok – powiedziałem, przypominając sobie o Garym. Przedstawiłem ich sobie i ponownie się uśmiechnąłem.
- No to spoko. Martwiłem się o ciebie – westchnął, przeczesując włosy palcami i pokazując ząbki w prześlicznym uśmiechu. Miał takie ładne usta. Pełne i różowiutkie, lecz bez przesady, miał odpowiedni kolor jak na faceta. No właśnie faceta. Dlaczego ja się zastanawiam nad jego ustami? Chciałbym takie mieć, ale niestety mam wąskie i blade. A jego, no po prostu cudo. STOP! Przestań o tym myśleć!
- Heej! Słyszysz mnie? – krzyknął mi w twarz Gary.
- No, tak słucham – odpowiedziałem.
- Jeny, jak ty często łapiesz taka zawieche – westchnął, śmiejąc się. – Dla niego to normalne – zwrócił się do Jessiego.
- Wiem – powiedział i odwrócił wzrok.
- Co? Skąd? – zapytał Gary.
- Ej! Ja też tu jestem i nie lubię być obgadywany – wtrąciłem się. Colin westchnął, jakby z ulgą. Zadzwonił dzwonek i poszliśmy na lekcje.
            Dni mijały, rutyna i codzienność już mnie dopijały. Chodziłem na korepetycje i coraz więcej rozumiałem. Miał talent do nauczania, tłumaczył lepiej niż nauczyciel. Rozmawialiśmy swobodnie. Sam nie wiem jak to się stało, ale zaprzyjaźniliśmy się. Wychodziliśmy razem na miasto i spędzaliśmy razem czas. Spotykaliśmy się po lekcjach prawie codziennie. Przy każdym spotkaniu, tak ślicznie się uśmiechał, a w oczach było widać wesołe iskierki. Cieszył się z każdej drobnej rzeczy, którą razem robiliśmy.
            Był piątek, szedłem właśnie do Jessiego, kiedy zaczęło grzmieć. Na szczęście dotarłem pod jego dom przed deszczem. Zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi i czekałem. Po chwili otworzył Colin. Miał zawinięty, wokół bioder, ręcznik. Powędrowałem wzrokiem wyżej i ujrzałem świetnie wyrzeźbiony brzuch. Widziałem wszystkie jego piękne mięśnie. Aż zabrakło mi tchu, stałem tak i gapiłem się na niego. Widziałem, że porusza ustami i coś do mnie mówi, ale ja nic nie rozumiałem. Szumiało mi w głowie, zrobiło mi się słabo. Kręciło mi się w głowie, ostatnie co pamiętam to, łapiące mnie, silnie ramiona, mojego pięknego przyjaciela.

 _____________________________________________________________________________

Te opowiadanie miało być dłuższe. Stwierdziłam jednak, że będzie ono strasznie nudne. Ten rozdział miał być rozwinięty na jeszcze 3, ale tasiemców pisać nie lubię. Więc skróciłam to do jednego. Napiszę jeszcze, dwa rozdziały i koniec. ;)

niedziela, 4 stycznia 2015

„Oby tak się stało" (Ikkaku x Yumichika)

Zbliżał się 19 września. Ikkaku Madarame, ciesząc się ostatnimi dniami lata, wylegiwał się w cieniu drzewa. W Soul Society robiło się coraz chłodniej. Łapiąc resztki promieni słońca, rozmyślał o nadchodzącym dniu. Owego dnia są właśnie urodziny jego towarzysza Yumichiki Ayasegawy. Madarame już od kilku dni wysila swój mózg, myśląc o tym, co mógłby mu dać w prezencie. W tamtym roku podarował mu lustro, a dwa lata temu yukate do spania. W tym roku jest inaczej. Relacje między nimi się pogłębiły. Ikkaku w końcu zrozumiał co czuje do Yumichiki. Zbierał się na powiedzenie mu tego przez dwa miesiące. Zaskoczeniem było, że to Ayasegawa zrobił mu niespodziankę. Zaprosił go na trening, podczas którego użył shikai. Pod kopułą z roślin powiedział „Kocham cię, Madarame”. Ikkaku był wtedy najszczęśliwszą istotą, jaka istniała we wszechświecie. Teraz szczerzył się na samo wspomnienie. Jego urodziny są za dwa dni, a on jeszcze nic nie wymyślił. Przyszła taka myśl, aby dać mu pierwszą lepszą rzecz, która wpadnie mu w ręce, ale szybko, ale szybko z tego zrezygnował. Najważniejsza osoba w jego życiu zasługiwała na to, by nadwerężać sobie mózg. Jednak po kilku dniach, nadal nic nie przychodziło mu do głowy. Teraz, leżąc pod drzewem, stwierdził, że potrzebuje pomocy. Chociażby z pomysłem, bo z realizacją postara się dla Yumichiki najlepiej jak tylko potrafi. Wstał i postanowił odwiedzić Renjego. Dość szybko go znalazł.
- Yo, Renji – przywitał się łysy.
- Cześć.
- Musisz mi pomóc.
- Co jest? – zapytał Abarai.
- Nie wiem co mam kupić Yumichice na urodziny. Masz jakiś pomysł?
Renji usiadł przy biurku. Zastanawiał się kilka chwil, aż w końcu powiedział:
- Kup mu kota.
- Co? Kota?
- No chyba każdy chciałby mieć kota. Może, taki rudy, malutki.
- Ale on ma uczulenie na sierść, więc odpada.
- Tylko tyle wymyśliłem. Sorry, ale ci nie pomogę.
- No trudno.
- Może Rukia coś wymyśli.
- Ok, to idę do niej.
Wszedł i skierował się w stronę siedziby Kuchiki. Rukia siedziała przy stole pochłonięta pisaniem raportów. Już któryś raz z kolei coś jej się nie zgadzało i coraz bardziej ja to irytowało. Wzdrygnęła się, gdy usłyszała ciche powitanie.
- Cześć, Rukia.
- Ooo… Madarame, cześć – uśmiechnęła się.
- Będę się streszczał. Nie wiem co mam dać Yumichice na urodziny. Myślę nad tym już od paru dni i wszystko wydaję się takie głupie od kiedy sytuacją się zmieniła. Przyszedłem tutaj mając nadzieję, że może ty coś wymyślisz – powiedział szybko i prawie niezrozumiale.
- No, więc – zaczęła shinigami. Zastanawiała się chwilę i dokończyła. – Może dałbym mu kwiaty. Yumichika je przecież lubi.
- Lubi, ale to trochę banalne jest – westchnął Madarame, drapiąc się po łysinie.
- Wiesz, ja nie znam się na takich sprawach. Przykro mi, ale nie mogę ci pomóc. Może Inoue będzie bardziej doświadczona.
Ikkaku nagle olśniło i krzyknął uradowany:
- Właśnie Inoue – wybiegł z siedziby, nawet się nie żegnając. Po czterdziestu minutach był już pod jej domem i z niecierpliwieniem walił w drzwi. Chyba jej nie ma. Miał już odchodzić, gdy usłyszał, za drzwiami, cichy okrzyk.
- Chwileczkę. – W drzwiach stanęła Orichime, zawinięta w ręcznik. Na głowie miała drugi, zwinięty w turban. Na czoło spadło parę rudych i mokrych kosmyków. – Przepraszam, brałam prysznic – powiedziała, wpuszczając Ikkaku do domu.
- Nie, to ja przepraszam, że cię nachodzę o tak późnej porze.
- Coś się stało? – zapytała Orichime.
- Nie, nic. No w sumie. Nie wiem co mam dać Yumichice na urodziny. W tym roku myślę w inny sposób, więc nic nie mogę wykombinować. Wiesz o co chodzi? – wyrzucił szybko, to co miał do powiedzenia.
- Rangiku mi powiedziała – uśmiechnęła się. – Cieszę się, że wam się udało.
- Ja też, no ale, masz jakiś pomysł?
- Zabrałeś go może już na randkę?
- Ra… Randkę? Nie – zdziwił się Ikkaku.
- No, możesz go zabrać do kina,  albo do wesołego miasteczka.
             Orichime nakręciła się. Obsypywała go najprzeróżniejszymi propozycjami. Zabrać go na wycieczkę, urządzić piknik, kupić perfumy. Do Yumichiki perfumy nie pasowały. Madarame ubóstwiał jego zapach. Pachniał kwiatami i miodem.
- Wiesz, może najlepiej będzie jak zaprosisz go na kolację – wyrwała go z zamyślenia Inoue.
             To mógłby być dobry pomysł, gdyby on tylko umiał cokolwiek, do jedzenia, przyrządzić. Kiedyś przyglądał się jak Ayasegawa smażył rybę. Chciał sam spróbować to zrobić, bo wydawało mu się łatwe. Niestety, wywołał pożar i jego chłopak nie chcę go już wpuszczać do kuchni.
             Inoue zauważyła skrzywioną minę Ikkaku. Uśmiechnęła się, domyślając, że nie umie on gotować.
- Pomogę ci w przyrządzeniu kolacji. Jeżeli masz teraz czas to nauczę cię paru dań – powiedziała radośnie.
- Taak, mam czas – wykrzyknął. – Dziękuje – podbiegł do niej i zaczął ją ściskać.
             Kiedy ją puścił, ręcznik zsunął jej się na kolana. Ta pisnęła i szybko nasunęła ręcznik z powrotem na swoje nagie ciało.
- Przepraszam – powiedział speszony Ikkaku.
             Przez ułamek sekundy widział Orichime nagą, stwierdził, że jest ładna, ale nie tak jak Yumichika. Jego ciało było cudowne. Wpasowywało się w Madarame idealnie. Oni są w 100 procentach dla siebie stworzeni. Jeszcze przez chwilę ubóstwiał, w myślach, swojego ukochanego, gdy przerwała mu Inoue. 
- Nic się nie stało – powiedziała, zarumieniona. – Pójdę się ubrać, a ty tutaj poczekaj. Zaraz zaczniemy naukę – oznajmiła i wyszła z pokoju. Wróciła po niecałych 5 minutach.
             Poszli razem do kuchni, by najpierw naszykować składniki na dania. Ikkaku, mimo wcześniejszych obaw, świetnie sobie radził. Przy niewielkiej pomocy dziewczyny, stworzył pyszne potrawy. Zrobił rybę w panierce z jajek, którą zrobił całkiem sam. Chciał jeszcze raz ją przygotować, bez wywoływania pożaru. Ugotował ulubioną zupę Ayasegawy. Pomogła mu w tym Inoue i już wie co i jak przygotować. Nie wiedział czy jego partnerowi będzie to smakować, ale przecież liczyły się chęci. Na deser postanowił zrobić naleśniki z sosem czekoladowym. No ale, coś musiało pójść nie tak. Nie wychodziło mu smażenie. Spalił wszystkie placki, aż do skończenia się ciasta. Orichime, oczywiście, wkroczyła do akcji. Pokazała i wytłumaczyła mu wszystko. Zrobili wspólnie kilka naleśników. Ikkaku po paru samodzielnych próbach, w końcu zrobił idealnego naleśnika. Zadowolony z siebie postawił potrawy przed Orichime. Nadszedł czas na degustację.
- I jak? – zapytał Madarame, gdy dziewczyna skończyła próbować.
             Ona jednak zastanawiała się dość długo i przetrzymywała go w niepewności i zdenerwowaniu.
- Noo… - zaczęła.
- Noo? – niecierpliwił się.
- No. To było pyszne – krzyknęła, uradowana.
- Naprawdę?
- Tak. Jak ugotujesz takie coś na kolacji, to Yumichika rozpłynie ci się w ramionach. Madarame uśmiechnął się z rozmarzeniem. Oby tak się stało.
             Nadszedł dzień urodzin Ayasegawy. Ikkaku oczekiwał właśnie jego przybycia. Siedział zdenerwowany przy stole i spoglądał na bukiet róż, który, jednak, postanowił sprezentować. Skorzystał z pomysłu Ruki i zabrał ją ze sobą do sklepu, by pomogła mu wybrać. Ona chętnie się zgodziła, chciała jeszcze odwiedzić Ichigo.
- Ikkaku, jestem – usłyszał głos Yumichiki. Wybiegł mu na powitanie i mocno uściskał, całując czule w czoło.
-  Witaj, kochanie.
- Cześć – odpowiedział Ayasegawa, cmokając go w usta.
- Chodź – polecił Ikkaku i pociągnął swojego partnera z a rękę. Gdy byli już przed pokojem, w którym mieli zjeść kolację, Madarame powiedział:
- Zamknij oczy.
- Ale po co? – zdziwił się brunet.
- Po prostu zamknij. – Puścił jego dłoń i szybko pobiegł po kwiaty. Wrócił i wprowadził go do pokoju.
- Możesz otworzyć – powiedział drżącym głosem, Ikkaku.
             Yumichika powoli rozchylił powieki i aż zabrakło mu tchu, przez to, co zobaczył. Jego ukochany stał przed nim z bukietem róż. Słabe światło, z trzech świec, które stały na stole, oświetlały jego mocne rumieńce.
- Wszystkiego Najlepszego, kochanie – powiedział Ikkaku i wręczył Yumichice kwiaty. – Zrobiłem kolację.
             Ayasegawie ze wzruszenia, aż stanęły łzy w oczach i w sercu coś go przyjemnie ścisnęło. Boże, jego chłopak był wspaniały. Wziął od niego bukiet i rzucił mu się w ramiona, namiętnie całując.
- Dziękuję – wyszeptał i odsunął się od niego.
             Madarame zaprowadził bruneta do stolika. Usiedli i powoli spożywali przygotowaną kolacje.
- To jest pyszne! – usłyszał nagle – Ty to zrobiłeś?
- Yhmm -  mruknął Ikkaku, oddychając z ulgą. Bardzo się starał, by wszystko wyszło dobre i ładnie wyglądało.
- Jak słodko – krzyknął Yumichika, gdy zobaczył naleśniki, a na nich serduszka narysowane sosem.
             Gdy już zjedli, poszli na spacer, trzymając się za ręce. Była już noc, więc księżyc i gwiazdy oświetlały im drogę.
- Wiesz, że nie musiałeś tego robić – odezwał się Yumichika.                
             Ikkaku przygryzł, niepewnie, dolną wargę i popatrzył w oczy bruneta.
- Nie podobało ci się? – zapytał.
- No coś ty, to było pyszne i takie pięknie kwiaty. Starałeś się dla mnie i to mnie bardzo uszczęśliwia. Ale mi wystarcza to, że przy mnie jesteś – westchnął brunet.
- Zrobiłem to, bo cię kocham – powiedział Ikkaku, przyciskając go do siebie i całując czule.
- Ja też cię kocham, łysolu – zaśmiał się i wtulił w niego jeszcze bardziej.
- Ej! Nie jestem łysy – oburzył się Madarame.
- Tak, tak, wiem. Tylko ogolony – westchnął i pocałował go szybko w policzek.




środa, 17 grudnia 2014

Czas na naukę

Jego czarne oczy obserwują mnie już od momentu, gdy pojawiłem się w tej szkolę. Gary, mój przyjaciel, powiedział, że w jego czach widać tylko nienawiść i obrzydzenie. Zastanawiałem się czy tylko mnie obdarowywał takim spojrzeniem. Nie znalazłem jednak odpowiedzi. Jest on raczej typem samotnika. Od razu po lekcjach wraca do domu. Z nikim nie rozmawia. Na przerwach siedzi sam, obok wielkiego drzewa. Jest także bardzo przystojny i podoba się wielu dziewczynom. Z tego co wiem, odtrąca każdą. Jego szkliste, czarne oczy, których tak nienawidzę, jego czarne zadbane włosy i wspaniale wyrzeźbione ciało. Nie dziwię się, że podoba się większości dziewczyn w naszej szkolę. A ja? Scot Nelson, 168cm wzrostu, chudy jak szczapa. Brązowe, czarne, blond włosy? Sam nie wiem jaki to kolor, ale wydaję mi się, że takie mieszane. Więc wychodzi na to, że jestem szatynem. Mięśnie mogę sobie tylko wyobrazić. Chodziłem kiedyś przez 4 miesiące na siłownie, nie było widać efektów to dałem sobie z tym spokój. Nie jestem wytrwałą osobą. Nie mam do niczego cierpliwości i często się denerwuję. Za to nie narzekam na moje oczy. Nie są czarne, ale są błękitne i turkusowe. Na krawędziach można dostrzec brąz. Nie zwracałem na to uwagi, aż Gary mi o tym powiedział.
- Heej!! Słuchasz mnie?
- Sorry, zamyśliłem się. Mówiłeś coś?
- Eh… Nieważne. O czym myślałeś? Jak bardzo Jessy  cię nienawidzi? Patrzyłeś na niego takim dziwnym wzrokiem.
- Nie, zastanawiałem się, czy ja jestem, aż tak brzydki?
- Czemu tak uważasz?
- Bo Jessiego lubi większość dziewczyn.
- Haha… Jakie ty masz problemy, daj spokój. Dobra kończ już jeść, bo zaraz zaczynają się lekcję.
- Ok., ja już pójdę. Muszę jeszcze iść do pokoju nauczycielskiego. Powiedzieli, że mam przyjść w porze lunchu.
Zapukałem do drzwi, ale nikt nie odpowiadał, zapukałem jeszcze raz, ale tym razem mocniej.
- Potrzebujesz czegoś – odezwał się głos za moimi plecami.
- Yyy… Tak, pan Wilson powiedział, że mam tu przyjść jak zjem lunch.
- Dobrze, wejdź i poczekaj na niego. Powinien zaraz przyjść, bo kończył sprawdzać sprawdziany – powiedział pan Moore lekko się uśmiechając. Nauczyciel literatury poszedł dalej. Wszedłem do pokoju i usiadłem na najbliżej stojącym krześle. Po 5 min drzwi otworzyły się i stanął w nich pan Wilson.
- Ooo… Scot już jesteś? Przepraszam, że musiałeś czekać.
- Nie, nic się nie stało – powiedziałem wstając i podchodząc do nauczyciela.
- Chciałem z tobą porozmawiać. Chyba dobrze wiesz o czym.
- Domyślam się. – Wiedziałem, znowu źle mi poszedł ten sprawdzian. Głupia matma. Tego przedmiotu nie da się zrozumieć.
- Nie dostałeś pozytywnej oceny z tego testu. Wiem, że nie idzie ci na moich lekcjach, dlatego wmyśliłem, że będziesz miał korepetycję. Znalazłem ucznia, który będzie ci tych korepetycji udzielał.
- Co ma mnie uczyć jakiś uczeń? Przecież ja mogę poszukać jakiegoś dobrego korepetytora.
- Nie ma takiej potrzeby. Ten uczeń ma bardzo dobre wyniki w nauce i chętnie ci pomoże.
- Mogę wiedzieć kto to taki?
- Jessy Colin. – Co kurwa?! Ma mnie uczyć ten gościu, który chcę mnie zabić? No to, kurwa zajebiście, lepiej być nie może. - Będzie w sali 27. Macie się tam spotkać po lekcjach i omówić godzinę i dni spotkań. Nauka ma się odbywać dwa dni w tygodniu przez, co najmniej, dwie godziny. Kiedy i gdzie to już sami ustalicie.
- Nie może to być ktoś inny – zapytałem z nadzieją, że może zmieni zdanie.
- Nie, nie może. A teraz możesz już wyjść – powiedział podchodząc do stołu ze stosem papierów i zaczął coś w nich sprawdzać. Zdenerwowany wyszedłem z pokoju nauczycielskiego i poszedłem na dach, aby trochę ochłonąć.

Po lekcjach czekałem na Jessiego. Spóźniał się już 20 min. Miałem dość. Kiedy na korytarzu usłyszałem kroki, do klasy wszedł mój korepetytor.  Miał granatową koszulkę, czarne jeansy i okulary? Czy on kiedykolwiek nosił okulary?
- Cześć – przywitałem się.
- Cześć – odpowiedział chłodno, nie patrząc w moją stronę. Trochę niezręcznie się zrobiło. Jak mam zacząć rozmawiać? Może on by zaczął. – Jak wiesz, mam cię uczyć z matematyki i wcale nie jestem z tego zadowolony, ale jak mam najlepsze wyniki w całej szkole, to nie wypada odmówić. Mnie najbardziej odpowiadały dni środa i czwartek. – Słuchałem go uważnie i przytakiwałem. „ Nie jest z tego zadowolony.” A weź się kurde wypchaj.
- Przepraszam, ale w środy nie mogę. Moglibyśmy przełożyć to na piątek? – zapytałem zmuszając się do uśmiechu.
- W piątki mogę tylko wieczorem. I trochę nie chcę mi się do ciebie przychodzić o późnej porze – powiedział siadając na jednym z krzeseł i patrząc na mnie z pogardą.
- Dobrze, wtedy ja przyjdę do ciebie. Może być? – Już się trochę zacząłem denerwować, ale nie dałem po sobie tego poznać.
- Ok, a w czwartki ja będę przychodził do ciebie. – uważnie na mnie patrzył tymi swoimi nienawistnymi oczami.
- Dobra, tylko o której godzinie? W czwartek do 15 nie mogę.
- Ja w czwartek mogę przez cały dzień. Więc może 16?
- Pasuję, a w piątek?
- To trochę późno, ale mogę tylko od 19. – Rzeczywiście późno, ale co tam, im szybciej się nauczę to prędzej się go pozbędę.
- To jesteśmy umówieni?
- Taa… - dodał ociężale, przewracając oczami. Wstał z krzesła i wyszedł z klasy. Zabrałem swoją torbe i poszedłem do domu.

Po drodze do domu wstąpiłem do sklepu. Kupiłem owoce, uwielbiam zjeść kilka owocków wieczorem, oglądając jakiś film. Teraz wziąłem 2 jabłka, kiwi i pudełko malin. Kocham maliny, mógłbym je jeść codziennie, ale niestety nie mam tylu funduszy. Wróciłem do domu i skierowałem się w stronę mojego pokoju, ale zatrzymała mnie mama. Stała na dolę schodów z niezadowoloną miną.
- Coś się stało, mamo – zapytałem schodząc na dół i stając obok niej.
- Tak, stało się. Dlaczego masz takie słabe oceny? – Zrobiła się czerwona, tak się działo gdy się denerwowała.
- Tak, wiem że nie są takie jakie być powinny, ale się poprawię. – Próbowałem ją uspokoić.
- Zawsze mówisz, że cos poprawisz. Niestety nie widzę efektów.
- Nauczyciel załatwił mi korepetycję. Kolega z klasy będzie mi pomagał. Będzie tu przychodził w czwartki, a ja do niego mam chodzić w piątki. Nic się mamo nie martw.
- skąd mogę wiedzieć, że to coś da?
- To najlepszy uczeń w szkolę. To musi coś dać – powiedziałem, gładząc uspokajająco jej ramię. 
 - Mam nadzieję, że sobie poradzisz.
- Na pewno – uśmiechnąłem się do niej i pobiegłem do swojego pokoju.
Byłem tak zmęczony, że najchętniej położyłbym się już spać. Poszedłem do łazienki i wziąłem szybki prysznic. Wracając usłyszałem śmiechy. Zszedłem po cichu na dół i zobaczyłem jak mama z tatą przytulają się, oglądając jakąś komedię. Uśmiechnąłem się sam do siebie i poszedłem spać.

Następnego dnia wstałem wcześnie. Szybko się ubrałem, zjadłem śniadanie i umyłem twarz i zęby. Już miałem wychodzić do szkoły, kiedy przypomniałem sobie, że dziś jest czwartek. Jessy pewnie przyjdzie do mnie po lekcjach, a ja mam w pokoju straszny bajzel. Zacząłem sprzątać upychając wszystko do szafek. Kiedy skończyłem, wszystko wyglądało w miarę w porządku. Idąc do szkoły spotkałem Garego, jak zwykle wesołego.
- Cześć – krzyknął, podbiegając do mnie.
- Cześć.
- Co tam? – zapytał, bo zauważył moją przygnębioną minę.
- Do dupy. Mam mieć dziś korki z matmy. Zgadnij z kim.
- Z panem Wilsonem – zapytał będąc tego pewien , bo jemu on udzielał dodatkowych lekcji.
- Zgaduj dalej  - odparłem trochę zirytowany tym, że mnie musi uczyć ktoś inny.
- Yyy… Nie wiem, nie znam nikogo innego kto by się do tego nadawał.
- Jessy Colin – poinformowałem i przyśpieszyłem kroku. Gary zaśmiał się.
- Nie żartuj. Chcę wiedzieć kto cię będzie uczył, więc?
- Czy wyglądam jakbym z tego żartował – odwróciłem się do niego zdenerwowany.
- Uspokój się. Jakoś sobie poradzisz. Przecież cię nie zje. – Podszedł do mnie i poklepał po plecach. – Chyba – mruknął.
- Pośpieszmy się, bo się spóźnimy.
Przez resztę drogi szliśmy w milczeniu. Na pierwszej lekcji miałem angielski. Nawet lubię ten przedmiot, więc na nim najczęściej uważam. Następnie miałem literaturę i kolejne nudne lekcję. W czasie lunchu poszedłem na dach. Chciałem zjeść swój posiłek na świeżym powietrzu. Usiadłem i parłem się o ścianę. Chwilę potem ktoś stanął przede mną. Miał na sobie czarne buty i czarne spodnie. Podniosłem wzrok do góry i zobaczyłem twarz Jessiego.
- Siema – powiedział chłodno.
- Cześć. Potrzebujesz czegoś? – zapytałem biorąc się za jedzenie.
- Taa… Chciałem zapytać, czy pójdziemy do twojego domu razem po lekcjach, bo nie wiem gdzie  mieszkasz.
- Ok., nie ma problemu – odparłem przeżuwając mój lunch.
- Spotkajmy się obok bramy.
- Będziesz musiał poczekać parę minut.
- Co? Gdzie się będziesz włóczył?! Myślisz, że mi się na ciebie czekać?! To są twoje korepetycję. Nie muszę cie uczyć! – krzyknął zdenerwowany i i zaczął patrzeć na mnie z jeszcze większym mordem w oczach niż zwykle.
- Nie musisz tak krzyczeć. Postaram się być jak najszybciej. Jestem ci wdzięczny, że będziesz mnie mi pomagał w nauce. Mam jeszcze coś do załatwienia po lekcjach.
- Jeny, jak ty mnie zawsze denerwujesz. – Odsapnął odwracając się do mnie plecami.
- No przepraszam, że jestem takim irytującym bez mózgiem! – krzyknąłem wstając i zbierając puste pudełko po jedzeniu.
- Nie przeginaj! Będę czekał na ciebie  minut i ani minuty dłużej.
- Dlaczego muszę się z tobą użerać? – burknąłem sam do siebie, ale on to usłyszał.
- Jak ci to kurwa nie pasuję, to możesz iść i się poskarżyć nauczycielowi, pacanie! – krzyknął, oddalając się w stronę drzwi.
- Proszę poczekaj na mnie po lekcjach przed bramą – powiedziałem głośniej, aby zagłuszyć skrzypiące drzwi.



czwartek, 4 grudnia 2014

Okulary (Shizuo x Izaya)


Gdzie one są?! Gdzie one są?! Shizuo Heiwajima krzątał się po swoim mieszkaniu w poszukiwaniu swoich okularów. Poprzewracał prawie wszystkie meble, jakie tam stały. Zaglądał nawet do lodówki i kosza na śmieci. Szukał w pralce i sprawdził czy tam nie ma jego okularów w jedynym kwiatku, jaki miał, wysypując z niego ziemię. Ale nigdzie ich nie było. Shizuo miał ochotę powywracać wszystkie znaki  w Ikebukuro i władować je w swoje wroga numer 1 Izaye Orihare. Zdenerwowany wyszedł z mieszkania. Szedł ulicami dzielnicy Tokio, przeklinając po d nosem. Rzadko wychodził do pracy bez okularów, ale dzisiaj nie miał wyjścia. Po pracy poszedł z Tomem do baru z sushi. W progu przywitał ich Simon.
- Oo… Witajcie. Zjecie sushi? Sushi dobre. – przywitał się.
- Zjem otoro – odparł  Shizuo.
- Ja też poproszę – powiedział Tom.
Weszli do restauracji i usiedli przy stoliku obok okna. Po 30 minutach już mieli wychodzić, kiedy nad głowami usłyszeli znajomy głos.
- Cześć, Shizu-chan, jak ci minął poranek – zapytał, uśmiechając się.
- Co ty tu robisz, mendo – zapytał zirytowany blondyn.
- Chciałem się tylko dowiedzieć, czy czegoś nie zgubiłeś – zaśmiał się. Heiwajima od razu wiedział, o co chodzi. Wstał i złapał Izaye za kurtkę.
- Ej, uważaj na futerko – krzyknął brunet, dalej uśmiechając się tym swoim chytrym uśmiechem.
- Oddawaj moje okulary – warknął Shizuo.
- A kto powiedział, że ja mam twoje okulary – mówiąc to próbował się wyrwać z uścisku blondyna.
- Izaya! Ty mendo! Nie pogrywaj sobie ze mną – Krzyknął i rzucił nim o ścianę.
- Ała. To bolało Shizu-chan – powiedział masując sobie lewe ramię. – Zagrajmy w pewną grę. Jeśli wygrasz, okulary będą twoje, a jeżeli ja, to zrobisz, co zechcę.
- Chyba, kurna, żartujesz. Nie mam zamiaru bawić się z tobą w jakieś głupie zabawy. A teraz oddaj to co należy do mnie.
- Shizu-chan, nie denerwuj się tak. Jeżeli znajdziesz okulary przed 18, są twoje. Masz 5 godzin. Ukryłem je w oczywistym miejscu – powiedział, wychodząc z restauracji, uśmiechając się złowieszczo. Shizuo wybiegł za nim, ale już go nie zobaczył. Wrócił do swojego stolika.
- Wybacz Tom, ale idę poszukać mojego skarbu – oznajmił blondyn.
W oczywistym miejscu. Gdzie ta pijawka mogła je schować – myślał zirytowany. Na początku poszedł do parku i zaczął przeszukiwać wszystkie ławki i pod nimi. Słyszał szepty o jego osobie, ale zbytnio się tym nie przejmował. Przeszukał wszystkie drzewa i fontannę. Dobra, w parku tego nie ukrył, stwierdził Shizuo. Spojrzał na swój telefon by sprawdzić godzinę, była 15.07. Miał jeszcze sporo czasu. Następnie poszedł do Shinry. Wprosił się do jego domu i zaczął przeszukiwać jego mieszkanie. Nie tak jak swoje, starał się zachować spokój i porządek. Shinra krzyczał na niego pytając, o co chodzi, ale były barman nie miał czasu na odpowiedzi. Dobrze, że Celty tu nie ma, bo ona od razu by go zabiła – pomyślał Shizuo, kończąc przeszukiwać ostatnie pomieszczenie. Wyszedł z jego mieszkania znów niczego nie znajdując. Shizuo zdenerwowany zaczął wyrywać znaki, które zobaczył, Nie wiedząc, co robić, wrócił do baru z sushi. Zrezygnowany zaczął szukać. Kiedy skończył i nic nie znalazł już wiedział, że przegrał? Po 15 minutach dostał SMS’a. „Przegrałeś Shizu-chan. Czekam na Ciebie u mnie w domu.” Blondyn zdenerwował się jeszcze bardziej. Rzucił automatem, który stał po drugiej stronie ulicy i rzucił nim o ścianę, rozwalając go. Shizuo zawsze, ale to zawsze dotrzymywał obietnic. Walcząc sam ze sobą, skierował się w stronę domu Izayi. Gdy byłem już w jego mieszkaniu, Izaya przyglądał mu się dziwnym wzrokiem, śmiejąc się przy tym.
- Z czego się ryjesz, pijawko – zapytał wściekły Shizuo, siadając na kanapie.
- Z niczego szczególnego – odparł brunet stając za byłym barmanem, mierzwiąc m włosy.
- Odwal się i oddaj mi moje okulary – powiedział odwracając głowę w stronę Izayi.
- Nie martw się Shizu-chan, dostaniesz je, ale teraz rób, co mówię. Chodź za mną – rozkazał Izaya, po czym skierował się w stronę jednego z pokoi, które znajdowały się na górze. Weszli do pokoju i usiedli w fotelach.
- Pooglądajmy telewizję Shizu-chan – powiedział Izaya, naciskając przyciski na pilocie i włączając telewizor.
- Po co mam z tobą oglądać? Mam lepsze rzeczy do roboty, niż oglądanie filmu z taką mendą jak ty – pochylił się i oparł łokcie na kolanach splatając swoje dłonie. – Chcę to mieć już za sobą, więc włączaj to szybko.
- Jaki niecierpliwy – zaśmiał się informator, szukając filmu, który mogliby obejrzeć i przy którym Shizuo nie zanudziłby się na śmierć. Znalazł jakiś triller. Oglądali w ciszy przez pół godziny, w końcu, Shizuo się odezwał.
- Ten główny bohater to jakaś masakra. Nie robi nic innego po za truciem swoich towarzyszy. – Stwierdził blondyn, po czym wrócił do oglądania. Izaya przyglądał mu się ze zdziwieniem. Nigdy nie wiedział, żeby jego wróg na czymś się tak skupił. Oczy Shizuo iskrzyły się. Izaya pomyślał, że on lubi takie filmy. Od czasu do czas się uśmiechał, ale w filmie nie było nic śmiesznego. Po godzinie film się skończył. Shizo mając nadzieję, że to już koniec, zaczął zbierać się do domu.
- Zrobiłem, co mówiłeś, a teraz oddaj moje okular – powiedział Shizo wychodząc z pokoju za Izayą.
- Nie tak prędko Shizu-chan, to jeszcze nie koniec. Teraz idź do tamtego pokoju i na mnie poczekaj – wskazał palcem ostatnie drzwi po prawej na końcu korytarza. – Chcesz coś do picia?
- Nie możesz mi ich po prostu oddać – warknął blondyn,
- Jakbym to zrobił, wtedy nie miałbym zabawy – zaśmiał się. – Przyniosę ci wody.
Shizuo wszedł do pokoju wskazanego przez bruneta i usiadł na łóżku. W pomieszczeniu nie było nic poza ogromnym łożem. To chyba jego sypialnia – pomyślał. Położył się i czekał na Izaye, ciekawe co teraz wymyślił. Po 5 min usłyszał kliknięcie, podniósł się do pozycji siedzącej i doznał szoku. Był przykuty do łóżka. Siedział w rozkroku, prawa noga była przymocowana kajdankami do belki, tak samo było z drugą. Dlaczego nic nie poczuł, kiedy był skuwany? Izaya stał przed łóżkiem, pokazując swój chytry uśmiech.
- Mendo, co ty do cholery wyprawiasz – krzyknął Shizuo, próbując odpiąć kajdanki. Brunet, wykorzystując jego nieuwagę, rzucił się na niego momentalnie przypinając jego prawą rękę. Blondyn chcąc się uwolnić szarpał się na łóżku, pomagając sobie wolną ręką. Przeklinał samego siebie, że dał się w to wplątać. Izaya znowu szybko naskoczył na Shizuo i przypiął jego lewą rękę. Leżał teraz na łóżku przykuty kończynami do jego kątów. Informator stanął przed nim wyciągając z kieszeni swój scyzoryk. Zabije mnie, no zabije mnie, a na grób położy mi moje okulary – pomyślał Heiwajima.
- Izaya, przestań sobie robić jaja i mnie uwolnij – krzyknął blondyn.
- Shizu-chan, zabawmy się trochę.  Obiecuję, że ty też będziesz miał wiele frajdy.
Orihara klęknął na łóżku przed blondynem. Zaczął powoli rozrywać spodnie Shizo, tak by móc je całkiem ściągnąć, zaczynając od prawej nogawki. Wbijał swój scyzoryk uważając na nogi. Kiedy skończył, zebrał strzępy spodni i wrzucił je do kosza. Izaya mając z tego wiele radochy, zabrał się za rozrywanie kamizelki i koszuli. Shizuo, który nadal próbował się wyrywać pozostał w samych bokserkach. Skarpety zniknęły już na początku.
- To, co teraz robimy Shizu-chan – zapytał Izaya uśmiechając się chytrze.
- Nie wiem, co ty chcesz zrobić, ale to wale nie jest zabawne.
Orihara pochylił się nad swoim gościem i dmuchnął mu lekko w ucho. Shizuo przeszedł dreszcz. Zawsze miał wrażliwe uszy i najlepszy informator na pewno o tym wiedział. Izaya momentalnie wpił się w wargi blondyna, liżąc i ssąc raz dolną raz górną wargę. Shizuo zesztywniał, nie mógł się poruszyć, wszystkie części jego ciała odmówiły posłuszeństwa. Nie pozostało mu już nic innego jak tylko przyjąć pocałunek bruneta, który zaczynał mu się podobać. Heiwajima otworzył usta, z zaproszenia brunet od razu  skorzystał. Gładził językiem jego zęby i podniebienie. Shizo łapczywie oddawał pocałunek. Ich języki tańczyły w dzikim tańcu. Oderwali się od siebie łapiąc oddechy. Izaya zaczął się powoli rozbierać. Shizuo przyglądał mu się w skupieniu. Intrygowało go to, co widział i pewna część na dole zaczęła podrygiwać. Kiedy brunet nie miał już na sobie kompletnie nic, wziął ponownie do ręki scyzoryk i rozciął bokserki blondyna. Znów zbierając pozostałości i wrzucając je do kosza. Wrócił na łóżko i usiadł na biodrach Shizuo. Zaczął lizać jego szyję, zsuwając się coraz niżej. Heiwajima domagał się uwagi w intymnej części ciała, która stała już na baczność. Shizuo sam się sobie dziwił, że widok nagiego, Izayi tak go podniecał. Brunet zaczął lizać i ssać członek Shizuo, wkładając siebie palce, przygotowując się na przyjęcie czegoś większego. Izaya też chciał w końcu poczuć dobrze. Uniósł się do góry i opadła męskość blondyna. Obaj wydali z siebie jęki rozkoszy. Orihara unosił się i opadał opierając się rękami o klatkę piersiowa Heiwajimy. On natomiast poruszał biodrami naprzeciw ruchom bruneta. Izaya jęczał, czując, że to zaraz nastąpi. Shizuo stękał powstrzymując się od jęku. Brunet uniósł się i opadł jeszcze kilka razy i doszedł zaciskając mięśnie i tryskając na brzuch Shizuo. Poruszył się jeszcze parę razy, kiedy usłyszał:
- Ja pierdole, Izaya – krzyknął blondyn dochodząc, gdy Izaya z niego zszedł.
Trysnął na swój brzuch. Orihara padł zmęczony na nagie ciało Shizuo. Leżeli tak przez parę chwil i uspokajali oddechy. Izaya wstał i świecąc gołym tyłkiem wyszedł z pokoju. Wrócił po niecałej minucie, trzymając w ręku chusteczki. Zaczął wycierać spermę z brzucha Shizuo, śmiejąc się przy tym.
- A teraz, z czego się śmiejesz – zapytał.
- Mówiłem, że będziesz się przy tym dobrze bawił – powiedział, całując lekko usta blondyna.
- Daruj sobie – powiedział Heiwajima odwracając głowę i lekko się rumieniąc. Co za widok – pomyślał Orihara. Sizuś się zawstydził. Jak słodko. Zasłużył na to, żeby oddać mu jego okulary. Izaya wstając jeszcze raz go pocałował. Odpiął Shizuo i zaczął się ubierać, wyciągając z kieszeni kurtki jego zgubę.
- W oczywistym miejscu Shizu-chan – powiedział, wręczając mu jego okulary.
- Wszystko super i zajebiście, tylko w czym teraz wrócę do domu?
- No jak to, w czym? W okularach, oczywiście – odpowiedział uśmiechając się.